Kolejny przystanek – Puri. Jest to przede wszystkim miasto pielgrzymkowe, ale tez popularne miejsce wypoczynkowe, zarowno dla Hindusow jak i dla bialych. Mieszkamy w uroczym “Z hotel” (dawna siedziba maharadzy) w czesci “dla bialasow”. W miescie spokoj, sielska atmosfera, przyjazni ludzie. Po kilku dniach czujemy sie jak w domu.

Na pobliskiej plazy znajduje sie wioska rybacka. Wyciaganie sieci to zbiorowe przedsiewziecie.


Morze sardynek.




Poranny jogging na plazy, a potem kapiel w morzu. Z ratownikiem zawsze bezpieczniej.

Cerowanie sieci to zmudna robota.


Typowy niestety obrazek plazowy. Krajobraz naznaczony martwymi zolwiami, zabijanymi bezpardonowo przez lodzie rybackie. Teoretycznie proceder ten jest juz karany, w praktyce nic sie nie zmienia. Ptaki i wloczace sie po plazy psy maja pozywke…

Puri jest jednym z czterech swietych miast w Indiach. W centrum znajduje sie swiatynia lorda Jagannatha z XII wieku, zbudowana dla uczczenia przeniesienia stolicy stanu z poludniowej do centralnej Orisy. Ciagna tu nieustannie tlumy pielgrzymow, niestety niehindusi nie maja don wstepu. Za drobna oplata mozna podejrzec co nieco z dachu pobliskiej biblioteki.


Kopula swiatyni ma bagatela 65 metrow wysokosci.

Na dachu biblioteki Raghunandan.

Do miejscowego sklepiku wpadamy na chwile, zostajemy jakies dwie godziny. Tu z zapoznanymi podroznikami: po prawej Nathalie z Quebecku (pracuje jako wolontariuszka w miejscowym sierocincu) i Anhelm z Granady. Gadamy, sluchamy muzyki, bardzo milo.

Tymczasem w hinduskiej czesci Puri – hotele, plaza, tlumy…

… i tradycyjnie…

Pogawedka z piekna zona miejscowego rybaka, Tara. Przyrzadzi dla nas wieczorem swiezo zlowiona kolacje.


Tymczasem dzieciaki unieruchamiaja Monike w pozycji polhoryzontalnej.


U Tary w chacie. Jej rodzina towarzyszy nam przy kolacji.


Kolacja przy swiecach – pyszna sprawa.

Monika i jej zdobycz.



Z wioski rybackiej trafiamy prosto na plan filmowy, akurat na plazy jest krecony jakis film wysoce sensacyjny.


Sceny z zycia plazowego. Hindusi nie neglizuja sie, nie opalaja i raczej nie plywaja. Takie wczasy!

Mozna postac, mozna posiedziec. Plaza daje duzo mozliwosci….

W kupie razniej.

Kto chce, moze zrobic sobie pamiatkowa fote u jednego z liczych profesjonalistow krazacych po wybrzezu.

A amatorzy fotografii pstrykaja sami.

Sprzedawcy perel nie daja nam spokoju.Ten akurat byl oszustem, bo usilowal wcisnac nam sztuczne, ale konkurencja nie zostawila na nim suchej nitki. Gosc szybko sie ulotnil.

Barwne lodzie rybackie i zaloga.


Bylysmy tu.



Kazdy relaksuje sie w ulubionej pozycji.


Wieczorem pod strzecha ze znajomymi z Wroclawia – Marta i Tomek maja przerwe w podrozy przed wyjazdem na Sri Lanke. Wloczymi sie razem po nadmorskich knajpkach.

Na ulicach Puri kolejne wesele. Nie da sie przejsc obojetnie, glownie z powodu tlumu i halasu towarzyszacego imprezie.

Panowie daja czadu.

Czlowiek-orkiestra tez.

Niedzielny wieczor przed wyjazdem z Puri-nastrojowy koncert na dachu.
