Chilika Lake – najwieksze jezioro Indii, w dodatku slone. Obiecano nam delfiny….

Wyprawa nad jezioro to niezle przedsiewziecie logistyczne. Kierowca jeepa zarzadal bajonskich sum za przejazd z rowerami, wiec przesiadlysmy sie do autorikszy. Załadunek przekraczał kilkakrotnie pojemność rykszy, ale to w Indiach zaden problem.

W drodze nad jezioro. Towarzyszą nam trzy Hinduski, siostry. Razem przemierzamy kilkanascie kilometrow konwersując o tym i owym. Probujemy zapamietac ich imiona, ale na próżno. Dziewczyny nie chcą wychodzić na mąż – co na Indie dość nietypowe.



Biuro informacji turystycznej w Satapadzie… Hindusi bardzo sobie cenią zdrowy, mocny sen.

Z rowerow przesiadamy sie na lodke.

Dajemy się zlowić poławiaczom pereł.

Sea Mouth, czyli miejsce gdzie jezioro spotyka się z Oceanem Indyjskim.

Nieco szeroko…

Nie mozemy się powstrzymac, aby nie dać sie ponieść.

Szybki skok w spodnie. O nagosci na plazy w Indiach można tylko pomazyc.

“Ach, jak przyjemnie kolysac sie wsrod fal…”/mjuzik

… a wokoło pieknie

Łodzie troche jakby pirackie:

Jezioro rozlegle, ale płycizna straszna. Spokojnie mozna brodzic.

… albo stać na jednej nodze:

Z rybakiem łódką po jeziorze.

Prosze zwrocic uwage na uzebienie – specyficzne zabarwienie typowe dla Hindusow żujących nieustannie czerwony pieprz żuwny czyli betel. Żuciu towarzyszy ciagle charkanie i spluwanie, w wyniku czego hinduskie ulice pelne sa czerwonych plam.

Pojawia się jeden z popularniejszych motywow naszego wyjazdu – 10 letni chlopczyk. W Indiach dzieci wykonuja te same prace, co dorosli. Praca zamiast chodzenia do szkoly… Nie ma lekko.

Zadamawiamy sie.

Monika liczy na kapiel z delfinami. Zamiast tego – kapiel z gapiami.

Nowa fucha Ewy.


Wycieczka do intrygującego drzewa.

Troche myszkujemy po okolicy.

Spotykamy prezenterow z Ptasiego Radia.

… oraz super miejscowke na nocleg.

Kolejny odcinek “symbiozy gatunkow”.

Indyjskie krowy równiez lubia Mazury. Ewa z kolezankami.

W pobliskiej knajpie o wdziecznej nazwie “Dolphin”. Lekkie rozczarowanie salatka owocową. Ku naszemu zdziwieniu składa sie z : ogórka, pomidora, buraka, pomaranczy, marchewki i jablka. Pyszności.

Tradycyjny hinduski sposob spozywania posilkow: palcami.

Kazdy wcina to co lubi.

Obrazki nadjeziorne.


Romantyczne plenery.

Portrety na łonie natury.


Handel kwitnie.


Laura czekajaca na Filona.

Easy-yoga na jeziorem – wydanie fotograficzne.

Dama z jeziorem.
Widoki calkiem sympatyczne.

W drodze powrotnej napotykamy troche masowych atrakcji. Pokonujemy je. W koncu jestesmy dzielne:)

Przed nami jeszcze tylko tydzien podrozy, czas opuscic Puri. Musimy przetransportowac sie z wybrzeza wschodniego na zachodnie, przed nami jakies 40 godzin podrozy pociagami…
Na dworcu w Puri Lord Jagganatha ma swoj firmowy sklepik.

Ewa ze swoim idolem.

Dworcowe maksymy.

… oraz życzenia szczęsliwej podroży.

Kilkugodzinna przerwa w podrozy w oczekiwaniu na kolejny pociag. Stacja Kharagpur – miasto, ktore istnieje, choc nie ma go w Lonely Planet

Dalej w drodze. W naszym “przedziale” hinduska rodzina z niemowlakiem i muzulmanska para z Bangladeszu.

Rozczulajace scenki z zycia rodzinnego. Malenstwo ma zaledwie miesciąc, a juz podrożuje koleją.

Sasiedni przedzial. Na dole gosc z farbowanymi wlosami, czyli typowy Hindus.

Przystanek Mumbai – dwie godziny na zmiane pociagu. Okazuje sie, ze bilety mozna jednak nabyc tuz przed odjazdem pociagu, oczywiscie doplacajac konikom odpowiednia kwote. Najwazniejsze, ze jedziemy. Wcinamy witaminy przed dworcem Victoria. Mimo poznej pory w powietrzu czuc upal i wilgoc, trzeba uciekac nad wybrzeze.

NO CÓŻ …WSZYSTKO PŁYNIE ,WIĘC I PODRÓŻ DOBIEGA KOŃCA.MAMA