Witajcie ponownie, nasi wierni czytelnicy! Oto garsc naszych wrazen z ostatnich dni. Bardzo dziekujemy za wszystkie komentarze i zamowienia. Mamy pytanie do Grupy O co Chodzi: czy w koncu kiedykolwiek udalo sie wam u znalezc supermarket?
A u nas: zwiedzamy grobowce krolewskie w Bara Bagh. W oddali swieza japonska inwestycja.
“Za dodatkowa oplata trubadur umili Panstwu czas spiewajac przeboj “przed swiatynia dzinijska. W srodku swiatyni dolaczylysmy do hinduskiej rodziny odprawiajaceej swoje obrzedy i rytualy. Zostalysmy wciagniete w to wydarzenie. Spiewy, poklony, tajemnicze gesty , dary i symsole sypane przed oltarzem. Mistycznie.
Z Jaisalmer ruszamy na safari na Pustyni Thar. Pod hotel podjezdza fura i dwaj tajemniczy gentelmani, wbrew pozorom dosc lagodni w obejsciu. Dajemy sie porwac, bo lubimy przygody.
I wreszcie przesiadamy sie na wlasciwy srodek lokomocji. Na poczatku bylo ciezko, ale szybko zalapalysmy o co w tym chodzi. Oto nasze rumaki w calej okazalosci. Wileblag Moniki byl wybitnie indywidualista i chodzil swoimi drogami, a rumak Ewy nie mial ochoty na safari. Po jakims czasie uzgodnilismy wszyscy wspolne plany i udalo sie wyruszyc w dal.
Dotarlismy do malej wioski (dwie chalupy na krzyz), gdzie zostalysmy zostawione na pastwe losu. Przywitaly nas miejscowe kobiety, dzieci i koza.
Jak zwykle nie wiadomo kto byl dla kogo wieksza atrakcja. To niesamowite, ze ludzie zyja w takich warunkach – i wygladaja na szczesliwych.
Noc pod chmurka oraz koldra z tysiaca gwiazd (moze miliona, nie zdazylysmy policzyc). Hindusi wierza, ze single chodza cala noc po Mlecznej Drodze w poszukiwaniu swojej drugiej polowki.
… A na dzien dobry sniadanie na piasku i wielbladzie jajeczko podane do lozka.
Drugi dzien safari – mamy wrazenie, ze piasku jest coraz wiecej.
Ewa dokumentujaca za znaki zycia na pustyni:
Stalo sie – zaprowadzono nas do miejscowej spoldzielni tekstylnej w zlotym miescie Jaisalmer. Bilans – 20 poszewek na poduszki i inne gadzety sa juz nasze. Juz niedlugo bedziemy slac paczki:) Uwaga do komenarzy: niestety nie przyjmujemy zamowien na szczury. Za to obiecano nam przeslac w prezencie wielblada, ktory kosztuje tu calkiem nieduzo. Ma ponoc leciec samolotem. Trzymamy Khana za slowo:)
W zatloczonym Jodpuirze poznalysmy sympatyczna kobiete o imieniu Rekha, prowadzaca sklep z ajurwedyczymi kosmetykami Himalaya. Dalysmy sie namowic na pielegnacyjne zabiegi glowy – bylo milo. Spedzilysmy tam 3 godziny i wcale nie chcialo sie wychodzic. Kobieta urzekla nas swoja aura, pogoda ducha, otwartoscia i madroscia. Opowiedziala, jak ciezko jest w Indiach Polnocnych prowadzic interes kobiecie i jakie przeszkody musiala pokonac, aby stanac na swoim. Monika opowiadala o swojej pracy na rzecz kobiet, a Ewa pomagala upiekszyc sklep – bo zdadzila, ze jest architektem. Potem odbylysmy szybka lekcje przygotowywania indyjskiej herbaty i wysluchalysmy opowiesci o dobroczynnym dzialaniu wielu przypraw.
Chwila relaksu – w malym sklepiku mozna zapomniec o calym swiecie. Teraz jestesmy pewne, ze poswiecimy tu sporo czasu masazom i regeneracji wlosow. Wszystko mozna zalatwic przy pomocy naturalnych skladnikow. i dziala!











