Na dluzej zatrzymujemy sie w cudownym Rishikesh – miescie polozonym nad samym Gangesem, u podnoza Himalajow. Rishikesh wypelniony jest po brzegi ashramami, czyli osrodkami rozwoju duchowego oraz poszukiwaczami spirytualnych doswiadczen – z calego swiata. Wszyscy sa przemili, w powietrzu duch pokoju, milosci i pojednania. Wszyscy harmonijnie wspolzyja – krowy, psy, sadhu – czyli lokalni asceci, turysci, uprzejmi sklepikarze, “misie jogi” oraz inni wielcy guru. Atmosfera bardzo New Age’owa. Zatrzymujemy sie w Sri Ved Niketan Ashram, ktory oferuje nie tylko ladne pokoje ( z bojlerem!), ale rowniez zajecia hatha jogi, medytacji, mantrowania i porady spiritual guru. Bardzo nam sie tu podoba. Troche z daleka od centrum i bardzo spokojnie. Za oknem szumi Matka Ganga.
Widok z naszego Ashramu: pewniego dnia zagoscil tu oboz Te Quondo – dzieciaki wstaja codziennie o 5 rano i rwa sie do cwiczen. My o 5 jeszcze w lozkach, bo wstajemy dopiero o 6 … Prawdziwe z nas poranne ptaszki:)
Oto nasz przytulny pokoik. Tradycyjnie – w ubikacji dwie jaszczurki. Pryzwyczajamy sie, bo one byly tu pierwsze. Dzieki nim nie mamy problemow z insektami. Zyjemy zatem w pozytecznej symbiozie.
Nie moglo byc lepiej! W Rishikesh trwa od 2 do16 listopada Miedzynarodowy Festiwal Jogi i Muzyki Hinduskiej. Pilnie uczeszczamy zatem na wyklady o jodze, pranayamie, ayurwedzie i calym ichniejszym Kosmosie. Latajacy uniewersytet misia yogi…
Szczegolnie pilnie uczeszczamy ma zajecia hatha jogi z hipnotyzujacym guru – Yogi Lakmi Narain Joshi, pelnym blasku i otoczonym boska aura. Mamy nadzieje, ze aura udzieli sie rowniez i nam. Guru potrafi byc rowniez bezlitosny, ale po jego zajeciach czujemy sie wrecz bosko…
Guru czasami wychodzi z siebie. Transcendencja w czystej formie:

Chodzimy rowniez na wyklady Swami Dharmananda w katakumbach naszego Ashramu. Zalapalysmy sie na Yoga Advance Course.
W miedzyczasie spada na nas wielka Miedzynarodowa Konferencja Jogi i juz nie wiemy troche gdzie sie podziac, bo strasznie duzo sie tego narobilo i trza dokonywac powaznych zyciowych wyborow albo praktykowac translokacje. Pilne sluchaczki podczas wykladu na temat zalet jogi.
Ukochany Pomaranczowy Mis Jogi – szef naszego Ashramu – Sant Shree Hari. Ewa jest jego wielka fanka. Zrywa sie codziennie bladym switem, aby oddac sie jego hipnotyzujacym komendom: “Inhale forward… Exhale backward… Relax”. To ostatnie Ewa lubi najbardziej. Bo dobry relaks o 6 rano to jest to, co misie lubia najbardziej.

Monika za to oddaje sie rano bardzo Dynamicznym Medytacjom OSHO w pobliskim Geetan Ashram. Prowadzi je sanyasi Swami Dhyan Ishu. Duzo by opisywac, co tam sie wyprawia, a i tak nie odda to klimatu tych dzikich, transowych rytaulow.
W wolnych chwilach wloczymy sie po miescie. Oto Ram Jhula, nasz pierwszy ulubiony most w Rishikesh. Teoretycznie tylko dla pieszych, w praktyce ruch kolowy i malpi powoduje typowy hinduski chaos komunikacyjny.
…i do kompletu most Laksman jhula w wyzszej partii miasteczka:
Laksman jhula raz jeszcze, w tle swiatynia Shri Trayanbakshwar.
Co jakis czas dopada nas klasyczna glupawka.
Troche byczymy sie na plazy – w koncu jestesmy na wczasach

Inni wola nad Gangesem praktykowac joge pod okiem miejscowego sadhu. Mamy wrazenie, ze miasto odwiedzaja kolejne wcielenia Jima Morrisona.
Na plazy w Rishikesh nigdy nie jestesmy same! Populacja psow w Indiach niewatpliwie zblizona jest do ludzkiej.
Poznajemy na plazy Bapu (“my name is Bi-ej-pi-ju”), usilnie namawia nas na odwiedziny w swoim asramie.
Rozmawiamy w zupelnie innych jezykach, ale pogawedka idzie bardzo gladko. Hindusi to bardzo towarzyskie i przyjazne istoty.
Zgodnie z tradycja i na skutek nagabywania przez miejscowa dzieciarnie nabywamy zaczarowane koszyczki z kwieciem i pozwalamy im plynac z pradem w sina dal. W koncu jestesmy w swietym miescie.

Instrukcja splawiania kwiatow Gangesem:
Rishikesh wyglada szczegolnie urokliwie, a rownoczesnie mistycznie tuz przed zachodem slonca – splowiale, mleczne barwy w powietrzu i otoczeniu sa jedyne w swoim rodzaju.
Miejscowa ludnosc odkryla tajemnice prostego, dobrego zycia. W koncu czlowiekowi tak niewiele potrzeba do szczescia.
Typowa zabudowa i typowy mieszkaniec:
Tradycyjnie sniadamy na lonie przyrody w pobliskiej knajpce nad Gangesem.
A obiady spozywamy juz w bardziej wyszukanych miejscach. Powoli zaczynami gustowac w tutejszej kuchni, choc zajelo nam to troche czasu, aby sie przyzwyczaic do niezwykle ostrych przypraw i chilli.
Czasem trzeba cos zwazyc i nabyc droga kupna.
Hindusi by zachecic klienta wymyslaja oryginalne kompozycje owocowe. Sztuka reklamy, ot co.
Marihuana meeting point: Miejscowi popalacze trawy chcieli za zdjecie jedyne 400 rupii, wiec zaproponowalysmy im dla odmiany 1000. Nie przeszlo! Ale bylo duzo smiechu.
Te co skacza i fruwaja…
Turysci na tle posagu niebieskiego Vishnu.
W tym klimacie wszyscy maja wzmozone pragnienie, ale tylko miejscowi nie ryzykuja pijac prosto z kranu.
Ten bialy krolik to prawdziwy bialy kruk – kosz na smieci, wielka rzadkosc w Indiach.
Poznalysmy ciekawa osobke. Moon na 10 lat, pochodzi z Hiszpanii, podrozuje z rodzicami od kolyski. Jest tu z mama, chodzi na joge, mowi prefekcyjnie po angielsku. Czesto przesiaduje w barze z samosami (ulubione miejsce wielu, takze szalonego nauczyciela tai-chi ze Szwecji. Sadzimy, ze jest od samos uzalezniony!)
Czysciciele uszu czyli rodzinny biznes na ulicach Rishikesh. Dwaj bracia budza poploch wsrod turystow. Znak rozpoznawczy – wata za uszami.
Udalo im sie dorwac bezbronna ofiare. Na szczescie przezyla; co wiecej, nadal slyszy.
Wielka, choc niewykorzystana atrakcja Rishikesh jest slynny asram, w ktorym swego czasu przebywali Beatlesi – Maharishi Mahesh Yogi`s ashram.
Asram jest oficjalnie zamkniety, ale oczywiscie za stosowna oplata mozna go zwiedzic.
Wyglada przeciekawie – zgrabnie wpleciony w krajobraz, tonacy w zieleni, rozbity na mniejsze cele medytacyjne i inne funkcje. Kiedys asram ten musial tetnic zyciem, ale obecnie przez totalne zapuszczenie stanowi, niczym miasto zaginionej cywilizacji, niesamowicie smutny widok .

Najwieksze wrazenie robi glowny budynek mieszkalny o tarasowym ukladzie, z ktorego sie wspanialy widok na Himalaje i Rishikes. Calosc zwienczaja prawdziwie kosmiczne jaja. Na takie jajo mozna sie wspiac, zasiasc w srodku i pomedytowac. Mozna sobie wyobrazic, jak nowatorskie bylo to zalozenie w latach 60-ych.

My podziwialysmy architekture i widoki, a tymczasem naszego przewodnika pajaki za obraz wciagnely.
Mieszkajac w asramie poznalysmy sporo ludzi z calego swiata. Przyjezdzaja cwiczyc joge, szukac spokoju, odnowy duchowej albo zatrzymuja sie tu po prostu w drodze z lub na polnoc Indii – tak jak np Paticia z Austrii. W ramach odmiany od cwiczen wybralysmy sie z nia na wycieczka do pobliskich wodospadow.

W drodze do wodospadow – czasem w zyciu mamy pod gorke…
…ale w nagrode jest radosc z odnalezionych cudow natury.
Widoki tradycyjnie byly boskie.
Po wysilku konieczny ajurwedyczny masaz, najlepiej u baby.
Zadne mocnych wrazen zafundowalysmy sobie rafting, czyli splyw Ganga.
Wszystko trzeba zapiac na ostatni guzik.

Uskutecznilysmy plywanie zarowno w, jak i poza pontonem – jedyna okazja by wykopac sie w swietej rzece (“no smoking, no bikini “jak mowia znaki na plazy).
Wielki skok – emocje byly, ale wszyscy przezyli.
… i nawet trafilysmy do celu.
Prawdziwe orzezwienie i bezplatny masaz – tylko w Wielkiej Gandze.
A po opuszczeniu pontonu trafiamy wprost na plan filmowy – to na pewno bedzie przeboj kasowy Bollywood!
Nakrecili tylko jedna scena, ale za to musiala byc doprowadzona do perfekcji.
Obowiazkowy punkt programu podczas pobyt w Rishikesh to wieczorna puja, piekna ceremonia ze spiewem i dzieleniem sie ogniem.
Mozna poczuc moc wspolnoty.
W pujy uczestnicza takze miejscowi guru.
Wniebowzieci.
Ok, wczasy sie skonczyly. Jutro ruszamy dalej na polnoc. Nastepny cel wyprawy – Chandigarh.

















































