Powoli, w klimacie tradycyjnej muzyki hinduskiej w przednim wykonaniu zegnamy sie z mistycznym Rishikesh i jego duchowymi atrakcjami. Lza kreci sie w oku… Spedzilysmy tu cale 10 dni.
Ostatniego dnia poznajemy jeszcze bratnia dusze z Izraela, Yael, ktora podrozuje samotnie przez kilka miesiecy. Niezalezne podrozowanie jest tu wlasciwie norma. Dotyczy to rowniez kobiet.
Ostatnie joginiczne podrygi w naszym asramie. Wbrew pozorom pozycja “trupa” jest jedna z najtrdniejszych asan w jodze.
Zegnamy sie z naszymi ulubionymi miejscami – bar samosa przy glownej ulicy. Ulubione miesjce spotkan Europejczykow zostajacych tu na troche dluzej. Zabieramy na droge samose z bananem i czekolada oraz jablkiem. Mniam, mniam, nasze podniebienia tez beda tesknic… Rowniez za wyluzowaniem szefa – nigdy nie mial wydac i mowil, ze zaplacimy jutro. A jutro mowil, ze zaplacimy pojutrze… Indie to naprawde dziwny kraj. A zycie tu takie przyjemne…
Natalia i Yael zostaja tu jeszcze troche… Temu miastu trudno jest sie oprzec. Natalio, wroc jednakze kiedys do Polski!
Opuszczamy nasza ulubiona Ayurwedic Ganga Cafe. Najlepsze jedzenie pod sloncem.
Zegnamy sie z zaprzyjaznionym Panem o tajemniczym pseudonimie: “Hi, Speed internet”. Dzieki niemu wywozimy z Rishikesh pokazna kolekcje muzyki. Facet mial do nas cierpliwosc… I bardzo nas polubil.
…I ladujemy sie do pociagu w kierunku Ambala. Na poczatku jeszcze luz; nieswiadome nadchodzacej tluszczy zagospodarowalysmy dla siebie caly przedzial. Ewa w kolorze blue:
Pociag dluzej stoi niz jedzie. I tak 5 godzin. Przystanki wygladaj co najmniej dziwacznie, gdyz do pociagu trudno jest sie wdrapac. A wdrapywanie nastepuje raczej w polu, niz na peronie. W takich chwilach doceniamy nasze PKP…
Pociagowi grajkowie i zabawni tancerze umilaja nam podroz za jeden usmiech. Chlopaki sa rewelacyjne! Co za wykonanie…
W Ambali przesiadamy sie do autobusu do Chandigarh. Jest pozno w nocy i mamy farta, ze jeszcze cos jedzie w tym kierunku. Do zobaczenia w City the Beautiful!









