Witamy w Chandigarh – City the Beautiful. Wbrew pozorom nadal jestesmy w Indiach, ale to miasto jest kompletnie inne niz wszystkie. Po podziale Punjabu, gdy Pakistan przejal ukochane przez Hindusow miasto Lahore, premier Jawaharlal Nehru stal sie oredownikiem stworzenia nowoczesnej stolicy stanu, wolnej od obciazen historycznych i przyjaznej mieszkancom. Wyzwaniu czolo stawila dwojka architektow ze Stanow – Albert Mayer i Mathew Nowicki (tak tak, polskie korzenie). Gdy proces planowania przerwala nagla smierc Nowickiego w katastrofie lotniczej, Indie zwrocily sie do swiatowej slawy architekta – wizjonera Le Corbusiera, by kontynuowal wielkie dzielo. I tak sie zaczelo….
Miasto podzielone jest na kilkadziesiat rownych sektorow (1200mx600m), tonie w zieleni, drogi sa szerokie i czyste. Budynki, jak to u Corbusiera – betonowe. Zabudowa niewysoka, dosc monotonne w formie. Ciekawa jest czesc willowa miasta, modernistyczne, horyzontalne domy jednorodzinne otoczone bujna zielenia. Wszystko jest inne niz dotychczas, a budki z kurczakami i brodate twarze w turbanach mowia – jestesmy w Punjabie, nie w Indiach. Jest to nie tylko najbogatszy stan kraju, ale i najbardziej zwesternizowany. Dziewczyny w jeansach, punjabski pop z glosnikow, ekskluzywne sklepy, nowoczesne samochody. Jednak, tak jak wszedzie w Indiach, komunikacyjnie najlepiej sprawdza sie riksza.
Na dzien dobry wyprawa do budynku sadu – trzeba tylko zdobyc pozwolenie na fotografowanie tego obiektu i mozna zwiedzac.
Widok z tarasu sadowego.
Na dachu poznajemy studenta architektury, Roubena z Brighton. Zwiedzamy razem pozostale budynki, przechodzac wspolnie proces biurokracji, by dostac sie do pilnie strzezonych miejsc (pod baczym okiem wojskowych).
Kazdy uwiecznia dzielo mistrza jak umie.
Budynek sadu od strony dziedzinca. Le Corbusier ozywil go wprowadzajac charakterystyczne plamy barwne.
Symbol Chandigarh – Pomnik Otwartej Dloni na terenie Capitolu.
Budynek Zgromadzenia. Ogladamy w nim sale posiedzen, oryginalnie zwienczona cylindrycznym swietlikiem. Zdjec niestety nie wolno robic.
Widok z dachu Sekretariatu.
Szlachetny i wszedobylski beton, szkoda tylko, ze nikt go nie konserwuje. Po latach dziela architektury zaczynaja straszyc.
Ludzka skala? Nieco przytlaczajace.
Swojskie klimaty – bar mleczny dla urzednikow i petentow w budynku Sekretariatu.
Corbusierowska dlon raz jeszcze – ” Otwarta by dawac, otwarta by otrzymywac”.
Po takiej dawce wrazen architektonicznych odpoczywamy zwiedzajac nietypowy Rok Garden - ogrod stworzony przez artyste samouka Nek Chand`a. Krazymy w fantazyjnym labiryncie miedzy pomostami, przesmykami, rzezbami.
Wszystko jest tu wykonane z surowcow wtornych, potluczonej ceramiki, swietlowek, betonu itd.
Otoczeni przez basniowe stwory.
Takze miejscowi chetnie odwiedzaja park.
Usilujemy wtopic sie w tlum.
Nietypowe zawody – zamiatacz wielbladziej kupy.
Koniki z odzysku.
Mozna sie bawic jak dziecko.
Armia babek z branzoletek…
.. i facetow z porcelany.
Krotki kurs historii miasta – zwiedzamy Muzeum Architektury. Miesci sie ono w w pawilonie, bedacym replika tego, ktory Le Corbusier zaprojektowal na Swiatowa Wystawe w Zurychu w 1965 roku.
Mapa miasta. Mozna przesledzic siatke sektorow miejskich. Na polnocy czesc administarcyjna – Capitol i rekreacyjna – sztuczne jezioro Sukhna Lake.
Jedna z makiet w muzeum. W tle na zdjeciach glowny architekt i premier.
Zwiedzamy pobliski College of Art.
Azurowa architekturaszkoly pozwala na uzyskanie ciekawych efektow swietlnych.
Studenci College`u przygotowuja sie do majacego sie niebawem odbyc festiwalu-parady, zmieniajac typowe riksze w oryginalne pojazdy.
Wspolny posilek w przerwie od pracy.
Relaks pod uczelnia.
Wpasowujemy sie dobrze w otoczenie.
Popoludnie nad jeziorem Sukhna. Tym razem wszystkie pojazdy sa zajete, wiec tylko zazdrosnie obserwujemy z brzegu…
Zgodnie z wola Le Corbusiera jego prochy zostaly rozsypane nad jeziorem. Labedziom to nie przeszkadza.
Ulice Chandigarh wieczorem, w rikszy troche trzesie.
Oczekujac na nocny autobus do Dharamsali fundujemy sobie pierwsza wycieczke do kina. Nie jest to typowy bollywoodzki film, gdzie tancza i spiewaja, ale wzorowana na zachodnich obrazach historia pieknej modelki o dobrym sercu wcignietej w bezpardonowa rzeczywistosc swiata mody. Daleko nam do bohaterek, co robic… Plakat filmowy. Jak zwykle ktos chcial sie uwiecznic razem z nami.
Po osmiogodzinnej jezdzie autokarem klasy lux(!) dojezdzamy do Dharamsali. Tu lapiemy miejscowy autobus i jedziemy upchnieci jak sardynki w puszce wraz z innymi pasazerami do pobliskiego McLeod Ganj. I znowu zupelnie inna bajka. To juz wysokie Himalaje. Klimat w pewien sposob podobny do tego z Rishikesh, choc hinduscy sadhu na ulicach zostali zastapieni przez mnichow tybetanskich.Mc Leod Ganj to rowniez spokojna miejscowosc turystyczna, gdzie mozna wybrac sie na trekking lub pocwiczyc joge. Jednak przede wszystkim jest to siedziba Tybetanskiego Rzadu na Wygnaniu.
Wieczorem mozna posluchac na zywo muzyki tybatanskiej w pobliskiej szkole.
Klimat zdecyodwanie wysokogorski. Zaopatrujemy sie w odpowiednie akcesoria, by przetrwac zime!






































