Pozdrawiamy z Malego Tybetu – miejscowosci Mcleod Ganj, polozonej w Himalajach na wysokosci 1770 m npm. Miescina urzeka malowniczoscia i tybetanskim klimatem – to miejsce, gdzie przebywa Dalaj Lama wraz z tybetanskim rzadem na uchodzctwie. A wraz z nim kilka tysiecy Tybetanczykow.
Swiatynia buddyjska w samym centrum miasteczka.
Typowy krajobraz himalajski:
Miejscowa ludnosc przygotowuje sie do zimy produkujac na drutach towary pierwszej potrzeby. Tybetanczycy to cudowni, niezwykle zyczliwi ludzie. Jestesmy zauroczone ich aura i goscinnoscia.
W himalajskiej sieci.
Z wycieczka do swiatyni Tsuglagkhang, gdzie na co dzien modli sie Dalaj Lama.
Trafilysmy akurat na uroczystosc – bebny, dzwony, cymbaly, gongi tybetanskie i mnisie murmurando… atmosfera prawdziwie mistyczna…
Poznajemy buddyjskie rytualy: walce modlitewne z mantrami obracane jeden po drugim zgodnie z ruchem wskazowek zegara. Pomalu sie wdrazamy.
Koncert na dachu swiata.
Z wizyta w muzeum tybetanskim. Bardzo wzruszajaco.
Nasz wieczorny rytual – wieczorki filmowe w milej knajpce przy herbacie z imbirze i ciasteczku. Ogladamy ciekawe dokumenty o zyciu Tybetanczykow na wygnaniu, o ich aktualnej sytuacji w Chinach. Wlos sie nam jezy na glowach. Tak, teraz doswiadczamy tego, ze podroze naprawde ksztalca… Kafejka Lhomo’s Croissant gromadzi co wieczor ciekawskich i wrazliwych obiezyswiatow. Na co dzien zaangazowane w dzialalnosc na rzecz praw czlowieka czujemy sie tu bardzo na miejscu.
Relaks przed naszym Yellow Guest House przy Bhagsu Road. Wygrzewamy sie w sloncu w pieknych okolicznosciach przyrody. Ach jak przyjemnie… Wlasnie piszemy do was kartki pocztowe:) Powinny lada chwila dojsc, doplynac lub doleciec.
Widok z chatki na pobliska budowe – zbrojenia gotowe, mozna zalewac betonem.
Ostatnie podlewanie – prawdziwie rodzinna robota.
Czochranie szczeniakow…
Sniadaniowy zestaw obowiazkowy z naszej ulubionej JJI Restaurant – hot lemon ginger tea, gazeta i rekawiczki. Codziennie wita nas tu rozspiewamy i roztanczony kelner-kucharz Max.
Jeden z wspolwlascicieli ulubionej knajpki i czlonek zespolu JJI Exile Brothers. Razem sluchamy ich muzy. Wlasnie wrocili z tournee po Austrii.
Swietne zarcie, super muzyka i ciepla atmosfera. Jedno z bardziej zakreconych miejsc w McLeod Ganj.
Pierwszy dzien rozruchowy – wyprawa nad jeziorko Dal. Wszedzie kolorowe choragiewki z tekstami buddyjskich modlitw, poniesie je wiatr.
Pokusy joginistyczne czaja sie wszedzie, nawet w glebokim lesie. Wyrastaja jak grzyby po deszczu.
Ciezki zywot kobiecy w Indiach.
Radosc wspinaczki
Nasze autorskie pocztowki z Himalajow. Mialysmy szczescie – napotkalysmy bardzo wdzieczne modelki.
Zycie w himalajskiej wiosce.

fot. Ewa
Zblizenia i obustronne zdziwienia.
Wiesniaczka ocieplajaca chate na zime. Krowie lajno to nie tylko swietna izolacja, ale tez swietny sposob na odstraszanie insektow.
Dotarlysmy do celu. Jeziorko jak widac bardzo swiete.
Dnia nastepnego podejmujemy sie powaznego kilkudniowego przedsiewziecia trekkingowego: wyruszamy w poszukiwaniu nastepujacej gory:
Przerwa w przydroznej cafe.
Gwiazda Bollywood…
Male odstepstwo od szlaku. Duzo wrazen i adrenaliny. Himalaje slyna z kiepskich oznaczen szlakow – mowiac szczerze – trudno je w ogole zaobserwowac. Na szczescie jest nas wiecej. Dolaczyl do nas Jacek. W kupie razniej.
Ewa – wysokogorska wyjazdaczka prowadzi cala gromade. Nadaje niezle tempo.
Zagubieni w Hiamalajach postanawiamy szukac pomocy – wywieszamy biala flage.
Nawet w ekstremalnych sytaucjach nie tracimy dobrego humoru.
Wspinamy sie od cafe do cafe.
Zachmurzenie wzrasta.
Widoki zapieraja dech w piersiach….
Obowiazkowy etap kazdej wycieczki – czochranie psa.
Wreszcie znajdujemy swoj przytulek na wysokosci 2300m npm. Musmy tu spoczac na noc, za godzine robi sie ciemno.
Tajemnicza gora kusi czarodziejskim dymem. Ciekawe co tam przypalili w srodku…
Kolejny trekkingowy sukces Moniki.
Ach, jak przyjemnie… Siedzimy i gapimy sie w dal. W dole McLeod Ganj.
Chwilo trwaj, jestes piekna…
Mala sesja zdjeciowa na dachu swiata. Wraz z towarzyszem naszej podrozy – Jackiem P.
Autorki bloga w himalajskim zachwycie i stanie blogosci.
Slonce stacza sie z gor.
Jest bardzo zimno. Grzejemy sie i wedzimy przy ognisku pod skala.
Zabawne scielanie poslania w kurnej chacie. Jedno z bardziej ekstremalnych miejsc do zagospodarowania. Przydaja sie umiejetnosci harcerskie i niepoprawny optymizm. Spimy jak na grzedzie, zeby nie zamarznac. W nocy po chacie buszuja jakies dzikie zwierzeta. Ignorujemy ich obecnosc. Byleby do rana… Auu…
Nasza kurna chata w pelnej okazalosci.
DJ Monika w poszukiwaniu himalajskich tonow.
Dowod rzeczowy – pierwszy snieg.
Dalsza wedrowka pod gore. Moze jeszcze dzis dotrzemy do 3000 m npm.
Niby zielono, ale w sumie juz zimowo. Typowo himalajskie pomieszanie z poplataniem.
Hurra! Jestesmy wielkie. Triund zdobyty!!! Dotarlysmy na 2900 m npm.
Dalej sie juz nie wybieramy – pogoda robi sie dosc niebezpieczna. Trzeba tu wrocic latem – do zdobycia jeszcze kilka szczytow. I niezaliczone tym razem – spanie w jaskini.
Gora, dla ktorej tu przyszlysmy , a ktorej teraz nie ma:
Z powrotem w McLeod Ganj. Nasze ulubione zajecie w miasteczku: “buszujace w rekawicach”.
Ognisko w centrum miasteczka. Rozgrzewamy nasze zmarzniete czlonki.
Max w JJI Restaurant gotuje dla nas pyszne tybetanskie zarelko.Jak zwykle przy tym tanczy i spiewa.

fot. Monika
Zarelko przechwycone – zaraz trafi do brzuszka. Glupawka nas nie opuszcza. Jak niewiele trzeba do szczescia.
Brygada RR tuz przed wyjazdemz McLeod Ganj.
W Tushita Meditation Centre na szczycie gory. Magiczne miejsce i oaza spokoju. Buddyjski duch rozswietla tu twarze poszukiwaczy duchowych wrazen.
Jeszcze tu wrocimy…


































































