Witamy w kolejnym odcinku naszego indyjsko-polskiego serialu “Madame Riksza i Missi Roti”. Tym razem pod oslona nocy dojezdzamy do miasta Fatehpur Sikri polozonego ok. 40 km od Agry. W miescie okurat wysiadlo swiatlo, wiec nic nie widac. Ludzi zwlaszcza. Po omacku zatrzymujemy sie w hotelu z widokiem – ale to dopiero odkrywamy nastepnego dnia spozywajac sniadanie w ogrodzie.
Fatehpur Sikri bylo w XVI wieku przez chwile stolica mogolskiego imperium . Doslownie przez chwile, bo zywot miasta liczy zaledwie 14 lat. Z powodu niedoborow wody miasto zostalo opuszczone zaraz po smierci mogolskiego krola Akbara. Dzis nazywane jest miastem duchow.
Tesknilysmy za radzastanska pustynia. Mowisz i masz:)
Zwiedzamy miejscowy Jama Masjid, czyli Wielki Meczet z XVI wieku. Znany rowniez pod nazwa Dargah Mosque. Aby sie do niego wdrapac pokonujemy najbardziej strome schody na swiecie. Trasa – jak widac po kozach – typowo wysokogorska. Wchodzimy przez Victory Gate o wysokosci 54 m. Ta najwieksza w Azji brama zostala wzniesiona, by uczcic zwyciestwo mogolskiego krola Akbara w Gudzaracie. Wewnatrz bramy znajdujemy slowa z Koranu, cytujace Jezusa Chrystua: “Swiat jest mostem, przejdz przez niego, a nie buduj na nim domu.”
Meczetowe migawki
Dla wielbicieli fauny odcinek z wiewiorka.
Miejscowi nucacy wersy Koranu. Atmosfera bardzo duchowa. Troche mamy ciarki na plecach…
Muzulmanie przychodza tu ofiarowac swe dary na marmurowym grobie Shaikh Salim Christi. Wierza, ze dzieki tej oferze spelnia sie ich prosby i zyczenia. W tym celu wiaza supelki na pieknie rzezbionych azurowych scianach. Miejsce to popularne jest zwlaszca wsrod kobiet, ktore pragna wydac na swiat potomka. Ale my wiazemy supelki w intecji wlasnych zyczen…
Muzulmanskie grobowce rodziny krolewskiej. Jama Masjid jest kopia Mekki.
fot. Ewa
Meczet to takze miejsce odpoczynku. Zachwyca dobra energia. Cos magicznego jest w powietrzu….
Rodzinny lunchtime.
Sporo tu szkolnych wycieczek.
My rowniez odpoczywamy – w towarzystwie wszedobylskich miejscowych.
Palacowe ruiny Jodh Bal w Fatehpur Sikri. Pusto. Nic sie nie dzieje. Jak w polskim filmie.
W tym upale buty same spadaja z nog.
Dlatego najlepiej na boso.
Po poludniu jedziemy do Bratehpur w Radzastanie. Do rikszy laduje sie jak zwykle 5 razy wiecej osob, niz powinno. Atmosfera jest tloczna, ale bardzo przyjazna. Pod koniec podrozy Hinduski probuja nam wcisnac swoje male dziecko. .. Chetnie by je oddaly w dobre rece.

Jest coraz cieplej, niestety coraz wiecej tez komarow. Zatrzymujemy sie w Jungle Guest House, gdzie juz na wejsciu witaja nas odglosy myszy buszujacych w lozku. Postanawiamy zbadac te sprawe.
Pod lozkiem sa tylko czlonki Ewy.Myszy dalej nie widac. Na szczescie stopery w uszach ratuja nas przed nieprzespana noca.
Nazajutrz rano zmierzamy do Keoladeo National Park, gdzie znajduje sie najwiekszy na swiecie rezerwat ptakow. Podpatrujemy to i owo. Goscie z Syberii, z Europy, Dalekiego Wschodu. Sa tez spore ptasie tlumy z Polski.
Oglaszamy konkurs ornitologiczny: Co to za ptak? Do wygrania nakrecana papuzka marki TATA. (dla niewtajemniczonych: firma TATA produkuje w Indiach wszystko: autobusy, proszki do prania, herbate, autoriksze, maszyny do szycia, budki telefoniczne).
Keoladeo Ghana National Park jest przeogromne. To obszar rozlewisk rozciagajacy sie na terenie 29 km kwadratowych. Najlepiej zatem wypozyczyc rower i przez caly dzien podpatrywac ptaszki na wlasna reke i dwie pedalujace nogi. Jazda indyjskim rowerem to prawdziwe wyzwanie. Wdrazamy sie dosc szybko i przez caly dzien szlajamy sie po dzunglastych mokradlach. Wrazenia przednie.
Konkurs ornitologiczny: druga odslona.
W Keoladeo mozna znalezc 364 gatunki ptakow. Jest nad czym sie zastanawiac…
Bociany kolorowe. Cala kolonia. Gapimy sie jak zahipnotyzowane.
Niektorzy to lubia taplac sie w blocie…
Inni sa troche bardziej ambitni:
Przyslowiowy bialy kruk.
Monika w kaciku zadumy. Szczerze, to wlasnie poszukuje wrazen z krokodylem w roli glownej.
fot. Ewa
Miejscowki prawie jak na splywie kajakowym.

Po owocnym dniu podziekowania dla zalogi za wspolna jazde.
Wyjazd w strone Agry. Probujemy zlapac autobus, ale tu chyba kroluja inne srodki transportu. Nalezy szybko rzucic sie na pedzaca ciezarowke. I tak – zadnej gwarancji sukcesu.
Udalo sie, zalapalysmy sie nawet na nocny pociag do Varanasi. Ewa dostala srodkowa, najbardziej lezaca miejscowke, z ktora – roznymi metodami – walczyla przez jakies 2 godziny. Potem scierpla i poszla spac. Tym razem pociag zaskakujaco czysty – karaluchow jak na lekarstwo. Nie smierdzi straznie z toalet, a po podlodze nie walaja sie sterty smieci. Czyli niezly luksus. I tak przez 18 godzin:)





































fot. Monika